sobota, 1 sierpnia 2026

„Yes, Mr. President" Monika Magoska-Suchar

„Yes, Mr. President" Monika Magoska-Suchar

„Yes, Mr. President" Monika Magoska-Suchar

Książką, którą bardzo chciałam przeczytać i znalazłam ją w kalendarzu adwentowym ( tak wiem, mamy sierpień ) i w końcu na urlopie przyszedł czas na lekturę. „Yes, Mr. President" Moniki Magoski-Suchar to jedna z książek, którą autorka wydała sama. Mam sporą kolekcję książek Moniki, więc i na tą musiał przyjść czas. Czy ten ryzykowny romans mi się spodobał? A może książka nie była tak dobra, jak autorka zachwalała. 


„Yes, Mr. President" Monika Magoska-Suchar

Monika Magoska-Suchar ma tendencję do pisania o władczych mężczyznach i kobietach, którymi trzeba się opiekować. Te kobiety to zazwyczaj takie „sierotki", nieporadne, bojące się własnych pragnień czy uczuć. Jedną z takich bohaterek jest Dove, trzymana krótko przez rodziców. Aż dziwię się, że na smyczy jej nie prowadzali i tą smyczą jej nie karcili. Sytuacja w domu państwa Carter jest niepokojąca, a sami rodzice dziewczyny mocno oderwani od rzeczywiście. Teraz gdy to piszę, to zaczynam rozumieć, że w sumie dziewczyna mogła mieć pod górkę, ale żeby godzić się na traktowanie jak niewolnika, to tego nie rozumiem.

Fabuła książki jest ciekawa. Dove zmuszona szantażem zatrudnia się biurze kandydata na prezydenta. Ma uwieść mężczyznę i wywołać tym skandal, który przekreśli jego zwycięstwo w nadchodzących wyborach. Choć dziewczyna nie ma żadnego doświadczenie w kontaktach damsko-meskich, to idzie jej zaskakująco dobrze. Może to kwestia tego, że Jonathan Barrett ma do niej słabość i nie umie się powstrzymać. Pragnie tej dziewczyny całym sercem. I mu na niej zależy. Tylko czy Dove będzie umiała odwzajemnić to uczucie? A może w obawie przed ujawnieniem kompromitujących zdjęć ugnie się pod rządaniami szantażystów i wywoła skandal.

Książka jest ciekawa choć może nie wybitna. Określiłabym ją lekką, łatwą i przyjemną lektura do totalnego resetu, wyluzowania, odciągnięcia myśli od trosk dnia codziennego.

Monika w typowy dla siebie sposób wykreowała główną bohaterkę, wikłając ją w potyczki polityczne. A może to było coś więcej niż chęć zniszczenia politycznej kariery Barretta? Może za tym spiskiem stoi ktoś jeszcze?

Czytało się fajnie, choć nie jest to książka wysokich lotów. Za to zrelaksowałam się przy niej i odpoczęłam.

„Yes, Mr. President" Monika Magoska-Suchar

 

„Zatruta krew” Marta Reich

„Zatruta krew” Marta Reich

„Zatruta krew” Marta Reich

„Zatruta krew" Marty Reich - o tej książce można napisać wiele. Wbrew pozorom mimo ewidentnej winy jednego z bohaterów, to trudno mu ją udowodnić, dlatego książka nie jest prosta do zrecenzowania. Wystarczy chwila nieuwagi, by napisać spoiler. A tego absolutnie bym nie chciała. Chciałabym natomiast byście poznali kulisy zbrodni i dowiedzieli się czemu Małgosia musiała umrzeć.


„Zatruta krew” Marta Reich

Dowody wskazują na to, że nie była to przypadkowa śmierć. Mąż ofiary robi wszystko, by nie było sekcji zwłok, by nikt nie zadawał pytań i by wszyscy się od niego odczepili. Niby dla dobra dzieci. Ale coś tu jest bardzo nie tak. Czemu młoda kobieta umiera we śnie w łóżku w piżamie, której nie lubiła, ze związanymi włosami, których nigdy nie wiązała do spania i z niepokojącym śladem na ręce po ewidentnym wkłuciu? Lekarka z karetki, która miała potwierdzić zgon, choć na początku jest przekonana co do słuszności wykonania sekcji zwłok, to na prośbę męża Małgosi od tego odchodzi. Bo niby święta zaraz, bo trzeba jak najszybciej zamknąć ten rozdział i iść dalej. To jest mąż? Facet od samego początku nie wzbudzał mojego zaufania. Później wiedziałam już, że ma coś na sumieniu. Ale co? Tego musiałam się dowiedzieć.

„Zatruta krew” Marta Reich

„Zatruta krew” Marta Reich

Bartek to czuły mąż. Najlepszy jakiego Małgosia mogła sobie wymarzyć. Nie ważne, że widziany był kilka razy z innymi kobietami. Nawet tydzień po jej śmierci balował na Sylwestrze z nieznaną kobietą. I było widać od razu, że są w zarzyłycg stosunkach. Nie ważne, że kłamał na każdym kroku. Kłamał, omamiał żonę, nie pozwalał jej wrócić do pracy. Oczywiście dla dobra dzieci. Ten koleś od samego początku książki wydał mi się dziwny. Niby wykształcony ratownik medyczny, mężczyzna z ambicjami, kończący medycynę. A po śmierci żony cham i prostak. Oby jak najszybciej spalić ciało i zapomnieć. Tylko czemu przeszkadzała mu żona, którą podobno tak bardzo kochał?

Książka napisana jest w rewelacyjny sposób. Niby od samego początku wiadomo, że mąż Małgosi ma coś na sumieniu. Ale skubaniec jest na tyle cwany, że nie daje się przyłapać. Nawet jeśli jego zachowanie po stracie ukochanej kobiety jest dziwne. Nie ma u niego miejsca na rozpacz. Z kulturalnego kochanego szwagra, zięcia staje się oziębłym i bardzo niesympatycznym człowiekiem. Ale dalej nie ma dowodów na jego winę. Na szczęście są takie osoby jak lekarka Agnieszka Dobrzańska oraz Wojciech Bednarek - prokurator prowadzący tą sprawę. Nie ma dowodów, jest podejrzany, ale ktoś bardzo chce, by nie ciągnąć dalej tematu. Zatrzymanie akcji serca - taka jest przyczyna śmierci i taka ma pozostać. Ale coś tu jest bardzo nie tak. Tylko jak to udowodnić?

Książkę czyta się świetnie. Jest wciągająca od pierwszej strony. Czytałam, jakbym siedziała na szpilkach, nerwowo przewracając strony. Dla mnie mordercą był mąż. Myślę, że dla większości z czytelników też. Nerwowość w czytaniu wprowadzał brak motywu i brak możliwości postawienia facetowi zarzutów.

Książka jest drugim tomem serii Tajemnice Zbrodni wydanej przez wydawnictwo Prószyński. „Zatruta krew" to historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawcy.


„Gdy ponosi nas fala" Portia Macintosh

„Gdy ponosi nas fala" Portia Macintosh

„Gdy ponosi nas fala" Portia Macintosh

Najlepsza książka na wakacje? Niezbyt długa, bo wiadomo, że na wakacjach nie ma czasu. Pozytywna? Ale nie do przesady. Żeby nagle nie okazała się mdła. Z dobrym zakończeniem? Oczywiście, że tak. Na wakacjach płacz nam nie potrzebny. A do tego może być ciekawym wakacyjnym romansem? „Gdy ponosi nas fala" będzie idealną propozycją, choć jej akacja nie dzieje się na typowych wakacjach, choć mamy ciepło, jest słońce i rejs statkiem. Co ciekawego Portia Macintosh wymyśliła? Zapraszam na recenzję książki.


„Gdy ponosi nas fala" Portia Macintosh

„Gdy ponosi nas fala" Portii Macintosh to książka należąca do serii Czułe Strony wydawanej przez wydawnictwo Świat Książki. Każda książka to inny autor i inna historia. Piękne wydania, twarda oprawa, aż miło się czyta i ładnie wyglądają w biblioteczce. Nawet nie wiedziałam, że jest taka seria, ale otrzymałam paczkę niespodziankę od wydawcy i od razu wzięłam się za czytanie. Będę miała do zrecenzowania jeszcze jeden tytuł, ale to już w innym wpisie.

„Gdy ponosi nas fala" to nieskomplikowany romans utrzymany w letnim klimacie weselnym. Książka ma 273 strony. Główną bohaterką jest Jessy, która w chamski sposób zostaje porzucona przez swojego chłopaka na weselu przyjaciół. Rozstanie jest na tyle niespodziewane, że dziewczyna traci kontrolę nad swoim życiem i co chwilę popełnia jakieś gafy. Jej były chłopak szybko się pociesza inną kobietą, przyprawiające tym Jessy o ból głowy. A wesele jej najlepszej przyjaciółki coraz bliżej. A przed nim rejs statkiem na Sycylię, który miał być niezapomnianym przeżyciem. I będzie, bo zarówno Todd jaki i jego dziewczyna oraz nasza główna bohaterka mają go spędzić razem.

Co zrobić, by nie wykończyć się psychicznie, przeżyć do wesela i nie sprawić zawodu ani przykrości przyjaciółce? Można znaleźć sobie chłopaka i powiedzieć wszystkim, że jest się w nim szaleńczo zakochana. A to, że będzie to chłopak na niby, nikt nie musi wiedzieć. A najlepiej będzie się do tego nadawał były chłopak obecnej dziewczyny byłego chłopaka. Skomplikowane? 

„Gdy ponosi nas fala" Portia Macintosh

„Gdy ponosi nas fala" Portia Macintosh

Mimo tego, że historia nie jest skomplikowana, a fabuła dość przewidywalna, to książkę czyta się przyjemnie. Pomysł na zorganizowanie rejsu na Sycylię z byłymi partnerami może wydawać się przerażający i tak właśnie momentami było. Ale nie skończył się tak fatalnie, jakby mogło się nam wydawać. Były wpadki, komiczne czy przykre sytuacje. Były sceny zazdrości, ale kto by ich nie robił? Zarówno Jessy jak i Brody, czyli ci porzuceni, musieli się dobrze nagimnastykować, by znajomi nim uwierzyli. Ale czy naprawdę trzeba było oszukiwać? Niektóre rzeczy przyszły im wręcz naturalnie, a to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nasi bohaterowie do siebie pasują.

„Gdy ponosi nas fala" Portia Macintosh

Lekka przyjemna książka, w której rozczytacie się w hamaku, na plaży, na tarasie czy w domowym zaciszu. Można czytać ją w podróży, ale będzie również przyjemna jako lektura przed snem. Podobała mi się i z przyjemnością sięgnę też po inne książki z serii Czułe Strony.

Książkę do przeczytania otrzymałam w prezencie od wydawcy. 

czwartek, 30 lipca 2026

„ Za jakie grzechy taki szef !" Agnieszka Kowalska-Bojar - PATRONAT MEDIALNY

„ Za jakie grzechy taki szef !" Agnieszka Kowalska-Bojar - PATRONAT MEDIALNY

„ Za jakie grzechy taki szef" Agnieszka Kowalska-Bojar - PATRONAT MEDIALNY

Agnieszka Kowalska- Bojar słynie z emocjonalnie napisanych historii. Nie ważne czy jest to książka czy tylko e-book. Nie ważne czy dramat, thriller, romans czy komedia romantyczna. U niej nie ma nudy, są genialne teksty, bohaterowie potrafią narozrabiać. A Agnieszka lubi wystawiać ich na różne próby i testować cierpliwość. Cierpliwość zarówno bohaterów, jak i czytelników. Moją na pewno przetestowała tym razem bardzo. „Za jakie grzechy taki szef" to e-book, o którym na pewno można napisać wiele. A jeszcze więcej było emocji, które mi towarzyszyły podczas czytania tej historii.



„Za jakie grzechy taki szef" to typowy przykład książki z motywem hate-love. Choć na początku nasi bohaterowie nie pałali do siebie nienawiścią to później się to zmieniło. I na nienawiści się nie skończyło. Konrad - tytułowy szef jest chamem. Majętnym i władczym chamem, który swoje asystentki / sekretarki traktuje okropnie. To co chłop wyczynia, podchodzi już nawet nie pod mobbing, a znęcanie. Kawa ma mieć określoną ilość stopni, jeśli nie ma, to ląduje na sekretarce. Jeśli pismo nie ma przecinka ląduje w koszu, albo sekretarka dostaje nim w głowę. Słowo „wypierdalaj" jest wyznacznikiem tego, że szef ma bardzo zły humor i trzeba uciekać. Test białej rękawiczki i pedantyzm do kwadratu? W wykonaniu Konrada nabiera to nowego znaczenia. Ten koleś ma problemy z kontrolą emocji i kulturą osobistą. Jego asystentki prowadzą dziennik, który sobie przekazują. Zawiera on same ostrzeżenia przed pracą i tego człowieka. Żadna nie wytrzymała dłużej niż trzy miesiące. Niektóre nawet dwóch dni nie wytrzymały, więc o czymś to świadczy. W firmie pracownicy robią zakłady, która sekretarka ile wytrzyma. Przerażające to i bulwersujące. Aż pewnego dnia pojawia się Ola. Dziewczyna bardzo potrzebuje pracy i poprzysięga, że wytrzyma ile się da. Ale z Konradem to można iść co najwyżej z mostu skoczyć, a nie pracować. I niestety szybko przekonuje się, że facet naprawdę jest złem wcielonym. Aż pewnego dnia traci pamięć i okazuje się, że Ola była podana jako osoba do kontaktu. Dziewczyna postanawia wykorzystać sytuację, podaje się za jego narzeczoną i wciela w życie plan pod tytułem „zemsta".

Chciałabym Wam napisać, że szala zwycięstwa jest zawsze po stronie Oli, ale nie jest to prawda. Konrad nawet z amnezją okazuje się godnym przeciwnikiem. A później nawet i nie przeciwnikiem.

Przy czytaniu tej książki towarzyszyło mi bardzo dużo negatywnych emocji. Od wzburzenia, do wkurzenia i na końcu do wkurwienia. Nie można tego inaczej opisać. Główny bohater jest dupkiem, świnią, chamem i bydlakiwm. Jego zachowanie świadczy o tym, że kultura osobista jest mu obca. Nie rozumiem takiego zachowania. Chyba, że ma ono na celu wykończenie drugiej osoby. Później nasz bohater zaczyna zachowywać się dziwnie. Jakby mu zależało na Oli? Nie, to nie jest możliwe. A może jednak? Tak naprawdę w jego przypadku można się wszystkiego spodziewać, ale ludzkich odruchów? Coś tu było nie tak.

Motyw hate-love również nabiera nowego znaczenia w tej książce. Konrad nie lubi nikogo. Samego siebie pewnie też nie lubi. Biedny zadufany w sobie gnojek. A Ola? Zaczynając pracę dla swojego szefa nie myślała, że połączy ich nienawiść. Nie możliwością jest, by poczuć coś innego do takiego człowieka przecież. Ale jak widać w słowniku Agnieszki Kowalskiej-Bojar nie ma słowa „niemożliwe".

Ta historia jest trudna. Nie jest to typowy przykład romansu. Dla mnie nie ma nic fajnego w znęcaniu się nad sekretarką, a później grożenie jej. Pan Konrad i do groźby się posunął w tej książce, co myślę, że nikogo nie powinno dziwić. Nie ma nic fajnego w romantycznej relacja z takim człowiekiem. Ale jak widać Pan Konrad ma różne talenty. Oprócz znęcania się nad pracownikami, grożenia im i zastraszania, potrafi również czarować i rozkochiwać w sobie niewinne kobiety. I sama nie wiem, co sprawia mu wiekszą przyjemność. Typowy przykład psychopaty.

Agnieszka dała w kość czytelnikom oj dała. Jedna z czytelniczek nazwała książkę krindżową (od angielskiego cringe) i coś w tym jest. Ale czy tą historię można nazwać złą? I tu zdania są podzielone. Jedni pewnie uważają, że nie ma w tej książce nic dobrego. Jest tylko wstyd, zażenowanie, zgorszenie tym, co przeczytali. A inni napiszą hola, hola. Czy książki z motywem hate-love przypadkiem niw takie mają być? No może nie aż tak, ale w dużej mierze właśnie się tak w nich dzieje.

Sięgając po książki Agnieszki Kowalskiej-Bojar nawilży mieć na uwadze, że ma ona dość specyficzny sposób pisania. Ona się nie ogranicza. U niej motyw hate-love już dawno wszedł na wyższy poziom połączenia miłości z nienawiścią, że dziwi mnie jeszcze to, że nasi bohaterowie nie próbowali się pozabijać zanim poszli do łóżka. A tego można się spodziewać przy każdej pisanej przez autorkę książki z tym motywem. Sięgając po jej publikacje musicie mieć na uwadze, że to co dla innych autorów jest kontrowersyjne, na Adze i jej stałych czytelnikach nie robi już wrażenia. Ona lubi szokować, a jej czytelniczki lubią być szokowane.

Na koniec dodam, że to jeszcze nie jest szczyt formy autorki, choć faktycznie ta historia szokuje i wzbudza mnóstwo negatywnych uczuć. Ale to nie znaczy, że jest źle napisana. Ona jest bardzo dobrze napisana i miała taka być oraz wywoływać skrajne emocje. Inaczej byście się nudzili. Nie może być zbyt słodko.

Jeśli potrzebujecie większej dawki wrażeń lub chcecie dowiedzieć się, co znaczy naprawdę mocna i przerażająca literatura, to sięgnijcie po książki z serii „Dranie". Tylko później nie piszcie, że nikt Was nie ostrzegał.

Książkę w postaci e-booka można kupić na stronie wydawnictwa www.motylewnosie.pl.

środa, 29 lipca 2026

„Ostatnie tchnienie" Karolina Ligocka

„Ostatnie tchnienie" Karolina Ligocka

„Ostatnie tchnienie" Karolina Ligocka

Coraz częściej w moich social mediach pojawiają się recenzje książek z gatunku fantastyka. W swojej kolekcji mam ich bardzo dużo i postanowiłam, że będę częściej dzieliła się swoimi przemyśleniami na temat magicznych światów wymyślonych przez autorów. Tym razem mam przyjemność pokazać Wam „Ostatnie tchnienie" Karoliny Ligockiej. To trzecia część cyklu „Historia Naridy. Dwie poprzednie części zrecenzowane są na moim blogu.


„Ostatnie tchnienie" Karolina Ligocka

„Ostatnie tchnienie" to już ostatnia część przygód anielicy Naridy, która została strącona z Nieba za zbrodnię, której nie popełniła. Miała nie przeżyć upadku i zderzenia z Ziemią. Na nieszczęście tych, którzy ją skrzywdzili, upadek nie zabił młodej anielicy. Ale na pewno spotęgował jej chęć zemsty na matce, która wydała na nią wyrok śmierci. Pierwsza część cyklu to „Piekielne Niebo", a druga to „Szczelina mroku". Cały cykl ukazał się nakładem wydawnictwa Mięta. Autorka zostawiła sobie otwartą furtkę i nie powiedziała „nie" tej historii, choć na chwilę obecną jest ona zakończona na trzech tomach. Na razie musi nam to wystarczyć, choć nie ukrywam, że jest mi przykro. Polubiłam bohaterów tej historii i ich perypetie. A autorka miała mam co opowiadać. 


Każda z książek z cyklu to wyprawa do innego miejsca. W tej książce nasi bohaterowie muszą wyruszyć do Czyścca, by uratować najlepszego przyjaciela Nari - demona Romina. Demon został zaczarowany przez przywódcę watahy wilkołaków, pokiereszowany i pozostawiony na pewną śmierć. Przy okazji nieodwracalnie zmieniło się jego DNA, czyniąc go nowym gatunkiem. Na szczęście udało mu się dotrzeć do mieszkania Nari. A ta zmobilizowała wszystkie siły i rozpoczęła misję ratunkową.

„Ostatnie tchnienie" Karolina Ligocka

Pomysł na ostatnią część historii Naridy uważam za genialny. Zarówno pierwsza jak i druga część mi się bardzo podobała ale trzecia pokazała w pełni, że miłość i przyjaźń międzygatunkowa istnieje. Nie ważne czy jesteś istotą światła czy ciemności, możecie stworzyć duet idealny. A o prawdziwą przyjaźń należy walczyć. Nawet jeśli miałoby to oznaczać, że trzeba zejść do Czyścca, wejść do przerażającej siedziby wilkołaków czy obcować z pradawną mocą, która czyni z najlepszego przyjaciela potwora. Naridzie nawet przez myśl nie przeszło, by się odwrócić od demona. Nawet gdy zaczęły mi rosnąć rogi, a jego skóra pokrywała się kolorowymi łuskami. Nawet wtedy, gdy okazało się, że Rimon może być niebezpieczny, a jego siła zagrażać anielicy i jej przyjaciołom. 

Podobał mi się opis Czyścca i to jak autorka go sobie wyobraziła. Zawsze wydawało mi się, że to jest straszne miejsce, że dusze zawieszone są w nim jak w próżni. I w sumie też trochę cierpią katusze. Miałam już jakieś wyobrażenie tego miejsca, gdy czytałam książkę „Ja potępiona" Bereniki Miszczak. A tu okazuje się, że można wymyśleć to inaczej. A przy okazji spotkać tajemniczego i niespodziewanego gościa. 

„Ostatnie tchnienie" Karolina Ligocka

Pomysł, wykonanie, język, fabuła i pomysł na piątkę z plusem. Cała trylogia godną jest polecenia i jeśli lubicie fantastykę, gdzie świat demonów i istot piekielnych łączy się z tym anielskim, to bedziecie zadowoleni. 

Mam tylko jedno „ale" co do okładki. Na grafice wyraźnie widać, że Rimon ma skrzydła. A w książce, mhm, zresztą doczytacie sobie sami...

Krótko mówiąc POLECAM! 


Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Mięta. 


poniedziałek, 27 lipca 2026

Time To Shine - spektakularne rozświetlenie skóry z VEOLI BOTANICA

Time To Shine - spektakularne rozświetlenie skóry z VEOLI BOTANICA

Wpis reklamowy 

Time To Shine - spektakularne rozświetlenie skóry z VEOLI BOTANICA

Cieszę się, że do grona zaufanych firm kosmetycznych pudełka Pure Beauty dołączyła marka VEOLI BOTANICA. Kiedyś miałam przyjemność używać ich kosmetyki do twarzy i byłam zadowolona, więc ucieszyła mnie możliwość przetestowania kolorówki tej marki. W edycji Rose Stories można było znaleźć jeden z trzech proponowanych kosmetyków do makijażu: rozświetlacz, róż lub bronzer. Cieszę się, że trafiłam akurat na rozświetlacz, ponieważ od pierwszego użycia trafił do grona moich ulubieńców.


Time To Shine - spektakularne rozświetlenie skóry z VEOLI BOTANICA

Rozświetlacz w kremie z roślinnym kolagenem. Rozświetla skórę. Podkreśla jej naturalne piękno. Dodaje glow, zachwycając i dodając uroku. Można go stosować na twarz, ale i powieki. Będzie idealnym dodatkiem i wykończeniem makijażu. Czemu jeszcze warto się na niego zdecydować?

Rozświetlacz Time To Shine od VEOLI BOTANICA to kosmetyk, który ma w składzie aż 97% składników pochodzenia naturalnego. Wyróżnione zostały dwa składniki, na które warto zwrócić uwagę. Jest to roślinny kolagen, który wspomaga nawilżenie oraz elastyczność skóry. Warto zwrócić uwagę również na witaminę E, która jest antyoksydantem i chroni skórę przed oznakami starzenia.

INCI: Caprylic/Capric Triglyceride, Polyglyceryl-2 Isostearate/Dimer Dilinoleate Copolymer, Mica, Coconut Alkanes, CI 77891, Hydrated Silica, Glyceryl Behenate, Disteardimonium Hectorite, Cocos Nucifera Oil, Tocopheryl Acetate, Glyceryl Caprylate, Hydrolyzed Vegetable Protein, Propylene Carbonate, Tin Oxide, Pentaerythrityl Tetra-di-t-butyl Hydroxyhydrocinnamate, CI 77491, CI 77499

Time To Shine - spektakularne rozświetlenie skóry z VEOLI BOTANICA

Time To Shine - spektakularne rozświetlenie skóry z VEOLI BOTANICA

Time To Shine - spektakularne rozświetlenie skóry z VEOLI BOTANICA

Błysk, błysk i jeszcze raz błysk!

Kosmetyk ma wygodny aplikator, którym precyzyjnie nałożymy go na skórę. Następny etap to gąbeczka i wklepywanie produktu, by uzyskać efekt rozświetlenia na skórze. Rozświetlacz na szklane opakowanie czym zaskakuje. Nie miałam jeszcze produktu rozświetlającego w szklanym flakonie.

Rozświetlacz choć nałożony na skórę na początku wygląda jak mocna tafla, to po rozsmarowaniu palcami, bardź wklepaniu go w skórę nabiera subtelnego blasku. Oczywiście efekt rozświetlenia można budować.

Time To Shine - spektakularne rozświetlenie skóry z VEOLI BOTANICA

Wpis powstał w ramach współpracy z Pure Beauty. 

 

Sprawa spadkowa - czy zawsze trzeba korzystać z pomocy prawnika?

Sprawa spadkowa - czy zawsze trzeba korzystać z pomocy prawnika?

 Wpis sponsorowany 


Jaką kancelarię wybrać do przeprowadzenia sprawy spadkowej?

Czy do przeprowadzenia sprawy spadkowej zawsze potrzebna jest pomoc kancelarii prawniczej? Są sytuacje, gdy nie ma potrzeby angażowania osób trzecich, ponieważ spadkobiercy doszli do porozumienia poza salą sądową i wszystkie potrzebne dokumenty są w stanie załatwić sami, korzystając np. tylko z pomocy notariusza. Inne dokumenty załatwia się bezpośrednio w Sądzie i może to zrobić tylko jedna ze stron. Ale są też takie sprawy spadkowe, w których pomoc kancelarii prawnej jest niezbędna. Są długi, jest duży majątek, który trudno podzielić, spadkobiercy nie mogą dojść do porozumienia, są roszczenia spłaty części nie do zaakceptowania lub inne problemy wpływające bezpośrednio na niemożliwość przeprowadzenia postępowania w sprzyjających dla stron warunkach.  W takiej sytuacji jaką kancelarię należy wybrać? Czem się kierować i na co zwracać uwagę? 


Jaką kancelarię wybrać do przeprowadzenia sprawy spadkowej?

Sprawy spadkowe bywają proste ale są również takie, w których pomoc spadkobiercom jest niezbędna. Sprawy spadkowe bywają trudne, pełne emocji, zazwyczaj tych negatywnych i pozostawiają po sobie niesmak. Oczywiście o ile zostaną w odpowiedni sposób poprowadzone tego nie ma, ale wiadomo, że ludzie są różni. Często podczas spraw spadkowych pokazują prawdziwą twarz, a przysłowie „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu" staje się boleśnie prawdziwe.  Najważniejsze jest to, by sprawiedliwości stało się za dość. Dobrym rozwiązaniem jest wcześniejsze spisanie testamentu, ale jeśli go nie ma, to można przeprowadzić dziedziczenie wedle panującego prawa. Niestety są spadkobiercy, którzy nie zgadzają się z dziedziczeniem i chcą wywalczyć dla siebie więcej niż im się należy. Co w takiej sytuacji zrobić?

Jaką kancelarię wybrać do przeprowadzenia sprawy spadkowej?

Jeśli mieszkacie we Wrocławiu i potrzebujecie pomocy przy przeprowadzeniu trudnej sprawy spadkowej, to możecie skorzystać z pomocy Kancelarii Radców Prawnych R. Ptak i wspólnicy. Jeśli jednak do Wrocławia macie zbyt daleko, by przyjeżdżać na spotkania, to możecie również skorzystać z porady online. Więcej informacji na temat kancelarii i jej działalności znajdziecie na stronie i-kancelaria.pl.


Zdjęcia zamieszczone we wpisie pochodzą z bezpłatnej bazy zdjęć https://unsplash.com.