Jedna z najlepszych książek przeze mnie przeczytanych w 2026 roku. Połączenie kryminału z thrillerem z akcentem magicznym i ludowymi wierzeniami. W tej książce tak naprawdę nie ma żadnej magii, takiej w klasycznym znaczeniu tego słowa. Ale główny bohater nie raz nie dwa doświadczył tego, że w Nawidowie diabeł nie śpi, a zło wychodzi po ciemku, rozciągając swoje macki na zapomnianą przez Boga wieś.
„Kto tajemnic szuka, ten diabła spotyka". Ten tekst pojawia się w tej książce aż za dużo razy. Przeraża mnie ciennogród i ludzka głupota. Od dziesięciu lat w tej zabitej dechami wsi giną dzieci. A lokalna społeczność twierdzi, że nie można wchodzić w paradę diabłu. A tym diabłem jest mamuna. Nie kto inny, jak demon ze słowiańskich wierzeń. W mitologii istnieje przekonanie, że mamuna to kobieta, która porywa dzieci i podmienia je na odmieńce. I tego demona oczywiście nie można rozgniewać. Trzeba się pogodzić ze swoim losem. Przerażające i oczywiście tragiczne w skutkach.
A policja? Komisariat wyrzutów - nazwa mówi sama za siebie. Choć policjanci niby coś w sprawie porwań robili, to nie wyniknęło z tego nic dobrego. Aż do momentu przyjazdu do wsi nowego komendanta. Dla komisarza Bożydara Sokoła rozwiązanie tej sprawy, to jego być albo nie być. Zesłany za karę do wsi, gdzie ktoś wierzy w zabobony, ma za zadanie zrobić porządek zarówno wśród mieszkańców jak i lokalnych policjantów. To co zastaje na miejscu budzi w nim zarówno gniew jak i obawę. Ale mimo przeciwności losu, daje radę brnąć do przodu. Po woli, po malutki, ponieważ zarówno niektórzy koledzy jak i społeczna lokalność są bardzo zawiedzeni jego pojawieniem w tym zapomnianym miejscu.
Ta książka ma 500 stron. To pół tysiąca stron wypełnionych dobrym tekstem po brzegi. Mimo tego, że komisarz Sokół momentalnie jawił mi się jako superbohater mający plus pięć punktów do żywotności, to polubiłam gościa. W realu już by ze trzy razy umarł, ale chłop wstawał, otrzepywał portki, wycierał krew z twarzy i szedł dalej. Magia literackiego pióra. Zresztą, jakby go autor zabił, to kaplica. Już nikt by tym biednym ludziom nie pomógł.
Pomijając kwestię nieśmiertelności naszego komendanta, to książka jest świetna. Wcale nie miałam dość tego długiego śledztwa. Oczywiście rozwiązanie zagadki nie nastąpiło na samym końcu, wcześniej były sygnały i podpowiedzi, ale i tak finał jest świetny.
Misternie uknuta intryga, zapomniana przez Boga wieś nawiedzona przez pradawnego demona, zaginione dzieci i policja rozkładająca ręce. To nie była prosta sprawa. Przyniosła komisarzowi Sokołowi wielu wrogów i dołożyła mu ogromną ilość blizn do ciała, ale było warto. A przy okazji mężczyzna dowiedział się, że nawet na takim wygwizdowie jak Nawidów można znaleźć bratnie dusze.
Podczas czytania tej książki brałam udział w grze kryminalnej organizowanej przez wydawnictwo. Miałam akta podejrzanych i rysopis wszystkich z komisariatu wyrzutków. Akta pomogły mi zapoznać się z postaciami z tej książki ale nie zasugerowały w żaden sposób, kto może porywać dzieci. To odkryłam dopiero podczas wnikliwej analizy tej historii.
Książka napisana jest przez policjanta i myślę, że mógł przemycić na jej stronach smaczki z policyjnych akcji. Mam tylko nadzieję, że ani on ani jego koledzy nie musieli walczyć ze słowiańskimi demonami. Trudno będzie autorowi przebić tą historię, ale mam nadzieję, że już wkrótce będę mogła przeczytać jego nowy kryminał. Dobrze mu wychodzi pisanie i bardzo mu kibicuję.
Książkę dostałam do przeczytania od wydawcy.

.jpeg)













