czwartek, 22 lipca 2021

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Dawno nie było żadnego wpisu z lakierami do paznokci i stylizacjami. Wstyd się przyznać, ale zaniedbałam się trochę. Oczywiście mam na myśli tylko malowanie paznokci u rąk, ponieważ u stóp zawsze mam zrobiony pedicure. A to nie było czasu, a to nie było weny. I dziś nadszedł ten dzień, gdy znowu zapragnęłam koloru na paznokciach u rąk. Wyszło całkiem nieźle.


Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Kolekcja Tropical Madness, to wakacyjne dziecko marki NC Nails Company. Kolekcję cechują żywe kolory, mocny pigment, dobre krycie i to, że wszystkie odcienie wyglądają przepięknie zarówno w macie, jak i połysku. Na nogach zazwyczaj mam paznokcie matowe, tak się przyzwyczaiłam. A poza tym NC Nails Company ma świetny top mat, którym bez problemu i trudności wyczarujecie matowe stylizacje. Warto również dodać, że kolorki są bardzo mocno nasycone pigmentem i wystarczy jedna, góra dwie warstwy lakieru, by dobrze pokryć płytkę. Nie musicie używać białego podkładu, ja użyłam kolorowej, a dokładnie różowej bazy pod lakier. Przy bezbarwnej może być potrzeba nałożenia trzech warstw lakieru.

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

W kolekcji Tropical MADNESS znajdziecie 10 kolorów. Kolejność nazw jest taka jak na wzorniku. Zaczynamy od góry:

  1. Papugana Bali
  2. Caipririnka Bali
  3. Sunny Bali
  4. Jungle Bali
  5. Snake Bali
  6. Coconut Bali
  7. Monkey Bali
  8. Exotic Bali
  9. Boutique Bali
  10. Bunga Bali

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

Tropical MADNESS - mocno kolorowa kolekcja lakierów NC Nails Company

 Jak Wam się podoba ta kolekcja? Który kolor jest Waszym faworytem?

wtorek, 20 lipca 2021

"Kim dla Ciebie jestem?" Beata Majewska - recenzja

"Kim dla Ciebie jestem?" Beata Majewska - recenzja

"Kim dla Ciebie jestem?" Beata Majewska

Najważniejsze w życiu są marzenia i głęboka wiara w to, że kiedyś się spełnią. Tylko jakie marzenia może mieć córka narkomanki związana z członkiem okolicznego gangu? Jej marzeniem jest to, by chłopak ją kochał i zaakceptował ich wspólne dziecko, które niebawem ma pojawić się na świecie. Ale mężczyźni pokroju Calvina nie potrzebują ciężarnych lasek. Problemu trzeba się pozbyć. Susan dostaje pieniądze na tabletki wczesnoporonne i ma załatwić sprawę. Usunie ciążę, wróci do chłopaka, będzie dalej pomagać mamie. Wszystko będzie jak dawniej Wierzycie w to? Ani przez chwilę nie uwierzyłam, że to się dobrze skończy. Jam myślicie, miałam rację?


"Kim dla Ciebie jestem?" Beata Majewska

To uczucie nigdy nie powinno się pojawić. Ona i on, to dwa zupełnie różne światy. Dzieciństwo Susan nie przypominało bajki: matka narkomanka i wiecznie nieobecny ojciec. Nie ma złotej karocy, ponieważ nigdy jej nie było, a Kopciuszek zamiast w atłasowej kiecce, biega w dziurawych dżinsach i trampkach. Ucieka w nich przed życiem, podczas gdy Książę od pierwszych dni pławił się w luksusie. Dorastał w złotym zamku. Teraz prowadzi życie milionera, niczego mu nie brakuje, pięknych i zakochanych w nim kobiet również. Już dawno zdobył swoją Księżniczkę, niepotrzebna mu druga. Jak skończy się ta historia?
Poznajcie Susan.
Jest tutaj.
Kim stanie się dla Patricka?

"Kim dla Ciebie jestem?" Beata Majewska

Przypadkowe spotkanie w galerii. On szuka prezentu dla mamy, a przy okazji dziewczyny na jedną noc. Ona szuka sponsora, który w zamian za seks w łazience da jej trochę grosza. Dwa różne światy, jedno spojrzenie i nagle ich życie zmienia się o 180 stopni. Nic dobrego z tego wyniknąć nie może. Ale jedno jest pewne - będzie to bardzo ciekawa historia.

Zaskoczenie, to mało. Patrząc na okładkę, myślałam, że to będzie komedia, romantyczna. Nie wiem, czemu tak to sobie wymyśliłam, ale tak właśnie było. Opis nie zdradza szczegółów, ale na tyle znam już twórczość Beaty Majewskiej, że po niej można spodziewać się wszystkiego. Jednak takiej historii się nie spodziewałam.

"Kim dla Ciebie jestem?" Beata Majewska

Jestem zachwycona, mimo lekkiego szoku, ponieważ bohaterowie nie są Polakami, a akcja nie dzieje się w Polsce. I nie mogłaby się dziać, ponieważ ta historia nie pasuje do naszych realiów. Za to idealnie pasuje do Nowego Jorku i cieszę się, że większość akcji dzieje się właśnie tam. Ona nie miała łatwego życia. On pochodzi z zamożnej rodziny, ma wszystko, piękne mieszkanie, uroczą narzeczoną, dobrą pracę, milion kochanek z Tindera. Do życia potrzeba mu... właściwie to czego? Seksu? Przecież ma. A jednak brakuje, ale to swoją drogą. Myślę, że bardziej brakuje adrenaliny. Patrick chce, by ciągle coś się działo. Lubi wyzwania. A Susan jest dla niego wyzwaniem. Tylko nie przypuszczał, że ta relacja przerodzi się w coś poważnego. W coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć.

"Kim dla Ciebie jestem?" Beata Majewska

Beata Majewska kolejny raz rozwaliła system niebanalną historią. Z pozoru lekką opowiastką o zakazanej miłości, ale tak naprawdę w tej książce nie ma nic prostego. A na pewno proste, ani łatwe nie są decyzje głównych bohaterów. Zderzenie dwóch różnych światów, dwóch środowisk. On ma wszystko, ona nie ma nic. Ale ciągnie ich do siebie. Najgorsze jest jednak to, że chłopak jest egoistą. Przyzwyczajonym do tego, że jeśli chce, to dostaje. Kobiety są jego chwilowymi kaprysami, z którymi spotyka się tylko trzy raz, a później blokuje ich numer. Tylko, że w tej książce to Susan blokuje jego numer. I to nie raz, nie dwa, a wielokrotnie.

Czy ta historia będzie miała happy end?

Momentami lekka i prześmieszna, a czasami smutna i chwytająca za serce. Taka właśnie jest historia Rudzielca i Patricka. Trafił swój na swego, a dziewczyna wprowadziła do życia naszego bohatera chaos i nieporządek. I nie mam na myśli jej bałaganiarstwa, bowiem Susan jest bardzo porządną osobą. Ale jest również nieokiełznana i ma płomienny charakter. Tak ognisty jak jej rude włosy.

Uwielbiam tych dwoje. Za ich niebanalność, za charaktery, za emocje, których mi dostarczyli. Książka kończy się fajnie, jestem zadowolona z zakończenia, ale skoro będzie druga część, to pewnie czeka nas nie jeden dramat. Tym bardziej, że Susan przez prawie 9 miesięcy skrywała w sobie sekret. Niby nic, a jednak wiele.


Koniecznie przeczytajcie "Kim dla Ciebie jestem?". Nie sposób oderwać się od tej książki.










 

poniedziałek, 19 lipca 2021

Seria książeczek dla dzieci "Basia i przyjaciele"

Seria książeczek dla dzieci "Basia i przyjaciele"
Seria książeczek dla dzieci "Basia i przyjaciele"

Znacie przygody małej dziewczynki Basi? Do tej pory nie miałam przyjemności ich poznać, ale nic straconego. W tym wpisie co prawda to nie Basia będzie główną bohaterką recenzowanych książeczek, a jej przyjaciele. Usiądźcie wygodnie i poznajcie mocno emocjonujące historie z dziecięcego świata.


Seria Basia i przyjaciele, to propozycja dla starszych czytelników "Basi" autorstwa Staneckiej Zofii i Oklejak Marianny. Tym razem poznamy historie i problemy innych dzieci. Co prawda mój syn jest jeszcze za mały na te książeczki, ale poczekają. Cieszę się, że mogę Wam je pokazać i zrecenzować. To historie, które chwytają za serce. Bowiem dziecięcy świat nie zawsze jest niewinny i kolorowy.

Basia i przyjaciele. Titi

Basia i przyjaciele. Titi

"Titi"

Titi jest małym czarnoskórym chłopcem. Jego mama również ma ciemną skórę, tata jest biały. Nie jestem pewna, czy Rafał jest jego prawdziwym tatą, ta historia jest trochę tajemnicza, nie wszystko jest w niej jasne. Możliwe, że Titi występował już w innej książce i tam było więcej o jego przeszłości i rodzinie. Z tekstu wynika, że w Polsce mieszka rok, wcześniej mieszkał na Haiti, ale gdy pomyśli o tym miejscu, widzi powódź, zniszczenie i śmierć. Na szczęście jest już bezpieczny. 

Basia i przyjaciele. Titi

Basia i przyjaciele. Titi

Basia i przyjaciele. Titi

Ale niestety mieszka w kraju, w którym niektórzy ludzie nie umieją się zachować i osoby, o innym kolorze skóry im przeszkadzaj. " Czarnuch", " brudas" , " uchodźca"," muslim" takie słowa słyszy Titi od przypadkowo spotkanego mężczyzny. Chłopiec nie rozumie o co chodzi. Czarny to przecież kolor, czy on jest zły? Chłopcu robi się przykro. Niestety takich dzieci jak Titi w naszym kraju jest wiele. Szykanowane za kolor skóry, nie umieją poradzić sobie z przemocą i agresją innych. Ale od czego ma się przyjaciół? Oni dobrze wiedzą, co chłopcu potrzeba i zrobią wszystko, by przykry incydent odszedł w zapomnienie.

Basia i przyjaciel. Janek

Basia i przyjaciel. Janek


"Janek"

Janek jest najstarszym bratem Basi. Słowo " najstarszy" zobowiązuje do wielu rzeczy. Trzeba być odpowiedzialnym, tego wymagają rodzice. Ale zapominają oni czasami, że "najstarszy" wcale nie oznacza, że ich dziecko jest już dorosłe. Ono również potrzebuje miłości . Również może mieć problemy, ale rodzice zajęci młodszym rodzeństwem, te problemy bagatelizują. Dziecko czuje się wtedy odsunięte, odrzucone i jest mu przykro. Janek ma problemy ze wzrokiem i to zajmuje jego myśli. Bardzo prawdopodobne, że będzie musiał nosić okulary. A to przecież jest dla niego koniec świata. Jak wytłumaczyć dziecku, że to nie jest katastrofa?

Basia i przyjaciel. Janek

Basia i przyjaciel. Janek

Basia i przyjaciel. Janek

Piękna kolekcja książeczek, poruszająca zwykłe ludzkie problemy. O ile książkę " Janek" bym przeczytałam swojemu synkowi, tak " Titi" jest wstrząsający, a mój synek by nie zrozumiał tej historii. Aż mi się łza w oku zakręciła. Tłumaczymy synkowi, że ludzie mają inny kolor skóry, niektóre bardzo ciemny. Nazywamy je czekoladowymi dziećmi. Tłumaczę synkowi, że są śliczne i takie same jak my, choć mają trochę ciemniejszą skórę. Dla dziecka kolor skóry nie jest problemem. To dorośli mają uprzedzenia. Głupie i odrażające. Jak można krzyczeć do małego chłopca na ulicy, że jest czarnuchem? Dzięki tym książkom dzieci dowiedzą się, że nie wolno tak postępować. Ale sama książka nie pomoże, gdy ich rodzice będą mieli uprzedzenia.

Seria książeczek dla dzieci "Basia i przyjaciele"

Nie każdy dziecięcy świat jest kolorowy i nie każdy jest piękny. Ale grunt to mieć przyjaciół i kochająca rodzinę. Z nimi można wszystko. To właśnie pokazuje ta seria.

Czy warto? Każda książka, która uczy empatii, jest warta przeczytania. A szczególnie taka, która uczy dziecko mądrze postępować. A ta seria niewątpliwie taka jest.


W dniach 19 - 25 lipca w księgarni Tania Książka macie zniżkę na tą serię książeczek. Rabat wynosi 36 %.






Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Krem do cery trądzikowej Nature Queen


Trądzik to moja zmora. Borykam się z tą przypadłością już 12 lat. Przyszedł nie wiadomo skąd i to nagle. I odejść nie chce. Przetestowałam już ogrom kosmetyków, które miały mi pomóc i jedne pomogły inne nie. Jak spisał się krem do cery trądzikowej od Nature Queen?


Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Na samym początku chciałabym wyjaśnić jedną kwestię. Trądzik to choroba i żaden kosmetyk go nie wyleczy. Skoro nie udało mi się go pozbyć, gdy stosowałam leki, to tym bardziej nie pozbędę się go stosując krem do twarzy. Myślę, że ludzie za duże nadzieje pokładają w kosmetykach, zamiast udać się do lekarza, a później rozczarowanie, bo krem nie pomógł. I nie pomoże, gdy trądzik jest w fazie zaostrzenia, gdy są grudki, krosty i stan zapalny, gdy wyciskamy zmiany zapalne, gdy przesadzamy z makijażem. Krem to nie lek. Czy zatem stosowanie kosmetyków do cery trądzikowej jest bez sensu? Absolutnie nie. Kosmetyki zawsze dobieramy do rodzaju cery, ale nawet odpowiednio dobrany kosmetyk może okazać się dla nas niedobry. To jest tylko skóra. Może nas coś uczulić, jakiś składnik może nam nie pasować. Ale nie należy się poddawać, bowiem pielęgnacja jest ważna i jest jednym z kluczy do sukcesu w walce o piękną, młodą i zdrową skórę.

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Dzięki uprzejmości Nature Queen dostałam do testów krem do pielęgnacji cery trądzikowej. Skrupulatnie go testowałam rano, wieczorem, w ciągu dnia, pod makijaż, bez makijażu, w domu, w podróży, czyli krótko mówiąc, w normalnych życiowych sytuacjach.

Chciałabym byście wiedzieli, że dobry krem do cery trądzikowej wcale nie musi zawierać w sobie składników wysuszających, ale warto by zawierał te normalizujące oraz antybakteryjne. Ważne jest, by skóra mniej się po nim przetłuszczała, ale nie wysychała. I najważniejsze jest to, by nie zapychał, ponieważ trądzik to właśnie zapchane ujścia gruczołów łojowych, w których są zanieczyszczenia, bakterie, brud i nadmiar sebum, które nasza skóra trądzikowa niestety produkuje jak szalona.

Czemu mam trądzik? Zaczęło się od zgubionego okresu. Czemu się zgubił i zabłądził, nikt tego nie wie. Badania były dobre, a okres pojawiał się i znikał, ale wcale nie wtedy, kiedy miał się pojawić i zniknąć. Na wyregulowanie okresu dostałam leki, które miały dodatkowo działanie antykoncepcyjne. Po roku brania tabletek, odstawiłam je, okres wrócił i od tego momentu jest dobrze, natomiast zaczęły się wtedy problemy ze skórą. Robiłam wszystkie badania i są dobre, mój trądzik nie jest w takiej fazie, by leczyć mnie izotekiem, i nawet bym tego nie chciała. Leki miejscowe pomagają, wszystko ładnie znika, ale niestety trądzik wraca. Czasami tylko trochę, a niekiedy bardzo i wtedy moja twarz wygląda okropnie i muszę wrócić do leków miejscowych. Dodatkowo używam kosmetyków przeznaczonych do pielęgnacji cery trądzikowej i jakoś tak sobie żyjemy ja i mój trądzik.

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Jednym z kosmetyków przeznaczonych do pielęgnacji takiej skóry jak moja jest krem Nature Queen, który bardzo mi podpasował i piszę to dlatego, że faktycznie tak jest, a nie dlatego, że dostałam go za darmo. Natomiast ważne jest to, by przed użyciem każdego nowego kremu do twarzy zrobić próbę uczuleniową, o czym przekonała się moja koleżanka. Ona również ma ten krem i po pierwszym użyciu dzwoniła do mnie i pytała czy mnie uczulił. Powiedziałam jej, że moja skóra, choć jest naczelnym alergikiem, zaakceptowała krem i się polubili. Moja koleżanka dostała po jego użyciu piekących czerwonych plam. Czy to oznacza, że krem jest zły? Dla mnie nie, a jej skóra go nie polubiła. Dlatego proszę Was i namawiam, by zawsze robić próby uczuleniowe.

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

U mnie po próbie było dobrze, więc zaczęłam testy. Nie będę się rozwodzić co do opakowania, ładne jest, ale to nie ważne. Dla mnie istotna jest zawartość, ale podoba mi się w butelce to, że widać, ile kosmetyku w niej jeszcze jest. Po drugie pompka jest tak zrobiona, by dozować niedużą ilość kremu. Na zdjęciu poniżej pokazuję Wam ilość kosmetyku z jednego naciśnięcia pompki i z dwóch. Zobaczcie, że faktycznie jest niedużo i ta jedna pompka wystarczy na aplikację dzienną, gdzie nie potrzebuję kremu dużo mieć na twarzy. Dwie pompki to porcja na noc. W nocy skóra szybciej się regeneruje i zawsze na noc nakładam trochę więcej. Niby pompka nieistotna rzecz, ale wierzcie mi, że ułatwia mi to nakładanie produktu i jego dozowanie.

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Przyjrzyjmy się temu, co krem ma w środku.

Składniki aktywne: Aurafirm N (ferment z owsa), ekstrakt z tymianku, ekstrakt z drożdży piwnych, małocząsteczkowy hialuronian sodu, EPS Seamat PA (egzopolisacharyd matujący), biała glinka, olej z nasion bawełny, masło tucuma, alantoina.

INCI/Ingredients: Aqua, Glycerin, Isoamyl Laurate, Polyglyceryl-6 Distearate, Gossypium Herbaceum Seed Oil, Cetyl Esters, C13-15 Alkane, Cetyl Alcohol, Jojoba Esters, Microcrystalline Cellulose, Astrocaryum Tucuma Seed Butter, Thymus Vulgaris Flower/Leaf Extract, Saccharomyces Cerevisiae Extract, Lactobacillus Ferment, Saccharide Isomerate, Hydrolyzed Sodium Hyaluronate, Kaolin, Allantoin, Avena Sativa Kernel Extract, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Polyglyceryl-3 Beeswax, Cellulose Gum, Xanthan Gum, Sodium Stearoyl Glutamate, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Phenethyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Parfum.

Na analizach składów nie bardzo się znam, nie robię ich, bo to nie moja działka. Ale czasami z ciekawości przyglądam się składom kosmetyków Nature Queen, a one zazwyczaj mi się podobają. Trochę niepokoiła mnie gliceryna, bo jest na drugim miejscu. Czy nie będzie aby zapychać, zastanawiałam się? Ale muszę przyznać, że krem ma fajną lekką konsystencję. Dość szybko się wchłania i od razu przyjemnie nawilża skórę. Nie jest co prawda z tych kremów, których po chwili nie czuć na skórze, ponieważ zawsze zostawia po sobie delikatny ślad w postaci wyczuwalnego filmu. Zastanawiam się czy to kwestia pory roku i tego, że moja skóra obecnie w zastraszającym tempie się przetłuszcza i dlatego mam wrażenie, że ten krem zostawia delikatną powłokę? Może zimą lub jesienią będzie inaczej? Wolę co prawda jak kremy wchłaniają się całkowicie, ale w jego przypadku w ogóle mi to nie przeszkadza. Myślę, że też dzięki tej warstwie skóra mi się nie przesusza, a w lecie mój nos lubi się łuszczyć mimo problemów z nadprodukcją sebum. 

Krem do cery trądzikowej Nature Queen

Krem ma przyjemny zapach, ale nie umiem Wam wytłumaczyć jak dokładnie pachnie. Po nałożeniu na skórę trochę kwiatowo, przed nałożeniem zapach jest inny. Ale na pewno jest leki, nie duszący i ulotny. A przynajmniej ja go po chwili już nie czuję. Jak jest z kremem i makijażem? Wyśmienicie. Polubił się z moim ulubionym pudrem i podkładem i ładnie ze sobą współpracują. Kremu używam zarówno w dzień i w nocy, także nie musicie mieć dwóch produktów. W przypadku kosmetyków do twarzy liczy się dla mnie wydajność. I tu z czystym sumieniem przyznaję, że kosmetyk jest wydajny. Używam go już długo, bo ponad miesiąc i końca nie widać. A na twarz nakładam go codziennie.

Jak radzi sobie w wypryskami, to będę mogła Wam dopiero powiedzieć jesienią. Obecne temperatury i to, że moja skóra momentalnie robi się tłusta, nie wpływają dobrze na jej kondycję, ale mimo tego jestem z kremu zadowolona.


Nature Queen w swojej ofercie ma wiele kosmetyków i do każdego zamówienia dorzuca próbki. Jeśli będziecie chcieli wcześniej wypróbować krem, a będziecie coś zamawiać w oficjalnym sklepie marki, to napiszcie im wiadomość, by Wam próbkę kremu do cery trądzikowej dorzucili.






















"Wiosenne porządki" Anna Kucharska - zapowiedź - PATRONAT MEDIALNY

"Wiosenne porządki" Anna Kucharska  - zapowiedź - PATRONAT MEDIALNY

"Wiosenne porządki" Anna Kucharska


Już niedługo, bo 28 lipca, nakładem wydawnictwa WasPos ukaże się drugi tom serii bieszczadzkiej Anny Kucharskiej. Pierwsza część czyli " Dom Beaty" była przepiękna. Pełna emocji i złych wspomnień, ale i nadziei. Czy "Wiosenne porządki" będą równie pięknie napisane?


"Wiosenne porządki" Anna Kucharska

Aleksandra Kryszkiewicz wraz z rodzicami prowadzi rodzinną agroturystykę w Polańczyku. Kocha Bieszczady i swoje zajęcie. A gdy tylko ma wolną chwilę chodzi nad Zalew Soliński i tam w swoim tajemnym zaułku rozmyśla lub po prostu delektuje się ciszą. W innych momentach pisze powieść, której zakończenie spędza jej sen z powiek. Z wiernym kotem Luckiem na kolanach i psem Szarikiem obok nogi, lubi siadywać na altanie ogrodu rodzinnej posesji, gdzie pachną pnące róże.

Kiedy do pensjonatu przyjeżdża siostra Oli wraz z mężem i dziećmi, a także przystojny Marco, przyjaciel szwagra, życie dziewczyny zaczyna nabierać rumieńców.

Nabiera go jeszcze więcej, kiedy w drzwiach "Domu na Skarpie" pojawia się Karol, nieco arogancki, ale również atrakcyjny biznesmen z Krakowa.

Wszystko się zmienia i w życiu dziewczyny, tak jak co roku w pensjonacie, następują skrupulatne wiosenne porządki. Kurz w postaci przykrych, traumatycznych wspomnień musi w końcu zostać starty. Jednak czy pozwoli, aby ktoś szczególny jej w tym pomógł?

Czy namówi swoje serce, by zaufało i po raz kolejny zakochało się po bieszczadzku?


Dom Beaty Anna Kucharska


Czym jest dom? Czy to tylko miejsce zamieszkania lub tymczasowego pobytu? Czy może „dom” to coś więcej? Może to miejsce wypełnione miłością i uśmiechami? A może „dom” nie jest nawet drewnianą lub murowaną konstrukcją?

Beata Polska, trzydziestopięciolatka z bagażem doświadczeń, będzie musiała odpowiedzieć sobie na to pytanie. Kiedy los niespodziewanie, nie pytając ją o zdanie, zmusza kobietę, aby powróciła do ojczyzny, ta jeszcze nie wie, że w rodzinnej Wetlinie dostanie szansę na odnalezienie samej siebie. Szansę na nowe, pełniejsze i szczęśliwsze życie. Tylko czy Beata odważy się z niej skorzystać? Czy okrutne wspomnienia z przeszłości w końcu uwolnią ją od siebie?

Beata kieruje się w swoim życiu przede wszystkim strachem. To ten lęk kazał jej szesnaście lat temu opuścić familijne strony i podążyć tam, gdzie nikt jej już nie znajdzie – do Stanów Zjednoczonych. Naiwna wiara, że zostawiając za sobą ojczyznę, zostawi też za sobą demony przeszłości, okazuje się krucha i kobieta bardzo szybko przekonuje się, że ucieczka z danego miejsca nie oznacza ucieczki przed samą sobą. Jednak, kiedy strach przed nieznanym ściska ją za gardło, nie potrafi postąpić inaczej, jak po raz kolejny uciec.

Jednak pewne uczucia okażą się silniejsze niż dławiący kobietę strach. Wszystko przez Michała Jaworskiego, jej pierwszą nastoletnią miłość. Odkąd spotyka go w Wetlinie, jej życie zaczyna się zmieniać jak w kalejdoskopie.

Czy istnieje miłość, która jest lekiem na całe zło? I czy istnieje dom, który nie ma konkretnego namacalnego adresu, ale jest czymś, co wzywa do siebie z wielką, niewyobrażalną siłą? „Dom Beaty” to książka, która odpowiada na te pytania. To opowieść o tym, że warto pokonać swoje lęki, aby nareszcie móc doświadczyć prawdziwego szczęścia.


Anna Kucharska – mama Uli i Kajtusia. Z wykształcenia dziennikarz oraz politolog. Z zamiłowania recenzent, prowadząca bloga recenzje-szanuki.blogspot.com. Członkini grup literackich Piórem Czarownic i Ailes. Introwertyczka, zamknięta w świecie liter na własne życzenie. Towarzyska wybiórczo. Niepoprawna optymistka i melancholijna marzycielka, wciąż chodząca z głową chmurach i łaknąca dobrych emocji. Żyje w ciągłym przekonaniu, że nie starczy jej czasu, aby spisać wszystkie historie.



Czekacie na "Wiosenne porządki"?





 

"Samotny we dwoje" Dr Anton Lihs - recenzja

"Samotny we dwoje"  Dr Anton Lihs - recenzja

 "Samotny we dwoje" Anton Lihs

Genialna okładka, która z daleka przyciąga wzrok na półce sklepowej. Myślę, że niejedna osoba właśnie dla tej okładki skusi się na zakup książki „Samotny we dwoje”. A jak jest ze środkiem? Czy debiut Antona Lihs okazał się udany? Koniecznie czytajcie dalej, ponieważ ta książka jest największym zaskoczeniem tego roku i myślę, że nic jej już nie przebije. I piszę to z pełnym przekonaniem, choć mamy dopiero lipiec.


"Samotny we dwoje"  Dr Anton Lihs

INTRYGUJĄCA, PIKANTNA I WCIĄGAJĄCA LEKTURA!
Książka, która pokazuje, jak wiele jest w stanie poświęcić człowiek, aby nie poddać się rutynie i być szczęśliwy sam ze sobą.

TO ODWAŻNY PORTRET WRAŻLIWEGO MĘŻCZYZNY XXI WIEKU.
On ‒ dobrze sytuowany, obracający się w wielkim świecie, mężczyzna po przejściach. Ona ‒ dwudziestokilkuletnia dziewczyna, która poszukuje mężczyzny, aby ją wsparł finansowo. Poznają się w dość niecodziennych okolicznościach ‒ na portalu erotycznym. Dwoje ludzi z różnych światów i w różnym wieku próbuje zbudować związek oparty na wzajemnym zrozumieniu, szczerości i zaufaniu. On motywuje ją do podjęcia studiów, ona daje mu chęć do życia. Podróżują po Europie: Rothenburg, Gdańsk, Neuschwanstein, Toruń, Budapeszt, Wenecja. Dzielą wspólne zainteresowania dobrym winem i kuchnią, muzyką i kinem, a także dobrym seksem. Czy to wystarczy, aby zbudować trwały związek? Czy dwa razy młodsza kobieta jest odpowiednią partnerką dla wrażliwego mężczyzny? Czy starszy mężczyzna sprosta oczekiwaniom młodszej partnerki?
Oto niecodzienny pamiętnik zdarzeń i rozmów prowadzonych na komunikatorze.

WSZYSTKIE HISTORIE SĄ PRAWDZIWE.

"Samotny we dwoje"  Dr Anton Lihs

Twarda oprawa, mroczna szata graficzna i ciekawy opis – myślałam, że to będzie książka, którą zapamiętam na długo. I tak się właśnie stało, ale niestety nie mogę powiedzieć, że ląduje ona na półce z moimi książkowymi ulubieńcami. Nie będę jej również polecać, choć niewątpliwie autor mnie zaskoczył. Szkoda tylko, że negatywnie. W moim odczuciu to „dzieło” to jedno wielkie nieporozumienie i szkoda było mojego czasu na czytanie jego zawartości. Ale książkę dostałam do recenzji, więc musiałam się z niej wywiązać. Usiądźcie wygodnie i przygotujcie się na jazdę bez trzymanki. Tak źle napisanej książki dawno nie czytałam.

Zacznę może od tego, że książka jest gruba, co mnie trochę przeraziło – ma 524 strony. Nie doczytałam, że jest ich aż tyle, skupiłam się bardziej na okładce i opisie, który mnie zainteresował. Ale jeśli książka jest ciekawa, to liczba stron nie ma dla mnie znaczenia. W tym przypadku jednak była przeszkodą. „Samotny we dwoje” to forma pamiętnika, a prawie codzienne wpisy autora to nic innego, jak zapiski jego rozmów z kobietami z internetowego komunikatora. Ciekawy pomysł – pierwszy raz miałam możliwość przeczytać książkę, która jest napisana w takiej formie. Podoba mi się to i na początku byłam zaciekawiona. Te rozmowy są bowiem prywatne i intymne, a autorem książki jest mężczyzna, co również wpływało na moją chęć przeczytania publikacji. Jako kobieta znam swoje myśli i punkt widzenia, jestem również w stanie wyobrazić sobie myśli innych kobiet. Ale męska psychika jest mi dalej obca. Autor w tej książce ją obnaża i szczegółowo przedstawia nam swoje myśli i męski punkt widzenia na różne życiowe aspekty. Miało być ciekawie i intrygująco i pewnie by tak było, gdyby wykonanie całości nie pozostawiało wiele do życzenia, a dlaczego, to opowiem Wam o tym za chwilę. Najpierw przybliżę historię naszego bohatera.

Georg to 52 letni mężczyzna, który znudzony i rozczarowany życiem uczuciowym postanawia znaleźć sobie kochankę. Oczywiście w książce nie pada to słowo, ale mężczyzna szukający kobiety na portalu randkowym, będący w związku małżeńskim, szuka kochanki, przecież nie towarzyszki życia. Szuka kochanki, która będzie z nim spędzać czas. Jest mu potrzebna do rozmowy i do seksu. Chociaż do seksu i ewentualnie rozmowy, lepiej oddaje charakter tej relacji. Chce być sponsorem i za to, że kobieta będzie spędzać z nim czas, dostanie pieniądze. Nie będę oceniać takich układów. Jeśli dwoje ludzi ma na to ochotę, to czemu nie. Jesteśmy dorośli i każdy ma prawo podejmować decyzje, jakie chce.

Pierwsze małżeństwo Georga zakończyło się dawno, drugie wypaliło się jakiś czas temu. Choć mężczyzna wielokrotnie podkreśla, że próbował je ratować, nie wyszło. A bez seksu nie wytrzyma, to przecież oczywiste. Po kilku nieudanych próbach w końcu poznaje Kasię, która zgadza się na układ sponsorowany. Mężczyzna jest hojny, kobieta za to chętnie przyjmuje jego pomoc finansową. Apetyt obojga rośnie w miarę jedzenia... A autor ze szczegółami opowiada o ich relacji. Nie zawsze pięknej i kolorowej, ale dla dojrzałego mężczyzny jest ona na pewno porywająca i ekscytująca. Dziewczyna jest młodziutka, chętna, czego chcieć więcej?

"Samotny we dwoje"  Dr Anton Lihs

Tak jak wspomniałam, styl autora pozostawia wiele do życzenia. Poniżej prezentuję Wam kilka wyrywkowych zdań, które pokazują jaki jest poziom tej książki. A wierzcie mi, że to dopiero wstęp, a cytaty pochodzą z początku książki.

„(...) mały biust, który niestety ma zalążki obwiśnięcia”.

„I gdy nagle wybuchła, była to najpiękniejsza szata akustyczna, którą kiedykolwiek przeżyłem podczas seksu”.

„Miała na sobie piękną obcisłą sukienkę z dużym dekoltem i jej duży biust zauraczał”.

„Tak, w tych spodenkach naprawdę można było widzieć coś takiego jak galaretka, na jej poza tymi idealnie wytrenowanymi udami”.

„Nasze małżeństwo stało już wtedy na bardzo glinianych nogach (...)”.

Jak widzicie poeta z autora jest niezły. Szkoda tylko, że język, którym się posługuje, jak na wykształconego i uczonego człowieka jest prosty, kolokwialny i niekiedy bełkotliwy. Momentami nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać, ponieważ autor tak kaleczy nasz język, że brakowało mi słów. Zaskakujące jest to, że nasz bohater chwali się Kasi, że włada płynnie pięcioma językami, w tym polskim, mówi nim bez żadnego obcego akcentu, a kawałek dalej narzeka, że nasz język jest trudny, twardy i nie wszystko jest w stanie zrozumieć. Według niego psujemy język polski tym, że jedno słowo ma 5 znaczeń i choć poszczególne znaczenia słów on rozumie, to niektórych znaczeń zdań już nie. My psujemy nasz język? To skoro Pan nie odnajduje się w polskich znaczeniach zdań i słów, czemu zrobił tłumaczenie swojej książki? To autor tłumaczył oryginalny niemiecki tekst na polski i skoro wielu znaczeń nie rozumie, to tłumaczenie powinien zlecić komuś innemu, by miało to ręce i nogi. Może wtedy nie byłoby tylu błędów językowych i niedopatrzeń w tekście z jego strony. Rozumiem, że „Samotny we dwoje” jest debiutem autora, ale po to wykonuje się redakcję książki i korektę, by błędy wyłapać. A tu, no cóż, ani redakcja, ani korekta się nie popisały. Mam wręcz wrażenie, że ich w tej książce zabrakło.

Język na poziomie szkoły podstawowej, tendencja do nadużywania słów: bardzo, naprawdę, najprawdopodobniej, piękny, piękna, cudowne. Autor stara się być wyrafinowany, a niestety na każdej kolejnej stronie wychodzi coraz gorzej. Niektóre zdania są tak źle napisane, że musiałam przeczytać je po kilka razy, by wychwycić sens. Nie wiem, czy jest to wina tego, że książka jest debiutem i autor nie ma wprawy w pisaniu, chce zabłysnąć i pokazać, jaki z niego świetny pisarz. Czy może jest to wina tego, że niemiecki różni się od naszego języka w znacznym stopniu, a autor robiąc tłumaczenie, zrobił je dosłownie? Nie dostosował niemieckich znaczeń słów do naszych? Tego nie wiem. Ale wiem na pewno, że to nie jest dobry tekst. Wręcz jestem zmuszona napisać, że jest bardzo słaby.

Zastanawiają mnie również wysokie oceny książki na Lubimy Czytać. Nikt nie wspomina o tym, że książka jest pełna błędów, a język, którym czasami posługuje się autor, jest bełkotem. Czy w naszym kraju książka tego typu zasługuje na ocenę 10 (wybitna)? Przeraża mnie to. Oczywiście o gustach się nie dyskutuje. Każdemu może podobać się coś innego. Ale jak można określić mianem „wybitna” książkę, w której autor używa słów goreteks (Gore - Tex), kurwiasto (kurewsko), zauraczał (zauroczył), szata akustyczna (oprawa akustyczna), tym samym kalecząc język polski? Jeśli ktoś uważa, że zna biegle jakiś język, to powinno to świadczyć o tym, że zna go dobrze. A w przypadku tej książki, mam wątpliwości co do biegłej znajomości naszego języka przez autora. 

Niby można by było przymknąć oko na niepoprawność językową, w końcu nie każdy dostanie literackiego Nobla, ale ta książka jest momentami tak nudna, że miałam ochotę ją odłożyć. Autor pisze rozwlekle albo milczy tam, gdzie nie trzeba, lub urywa wątek gdzieś w połowie. Tam, gdzie trzeba podać więcej szczegółów, nie podaje ich, a gdzie nie trzeba się rozpisywać, mamy eseje po dwie strony. Do tego koszmarne opisy seksu – techniczne, z szczegółowym wytłumaczeniem, gdzie która ręka leżała i czego dotykała. Zamiast skupić się na akcie, który dobrze opisany może sprawić przyjemność czytelnikowi, tu zastanawiałam się, w jakiej oni faktycznie pozycji to robią. I zamiast stosunku wychodzi najtrudniejsza pozycja z Kamasutry połączona z jogą i akrobatyką. A wierzcie mi, że moja wyobraźnia całkiem nieźle działa, tu jednak  mnie kilka razy zawiodła.

"Samotny we dwoje"  Dr Anton Lihs

Dodatkowo jestem rozczarowana infantylnością autora. To dorosły facet, uczony, wykształcony, doktor, wynalazca kilku patentów, a zachowuje się momentami jak szczeniak. Jego niektóre zachowania i teksty są tak słabe, że nawet nie wiem, jak je skomentować. Zresztą zobaczcie sami.

„Na parkingu restauracji podniosłem ją, położyłem poziomo w poprzek mojej pachy i zrobiłem z nią karuzelę, kręcąc się dookoła, aż było widać jej majteczki pod spódniczką. Po dwóch, trzech okrążeniach postawiłem ją znowu na ziemi, zataczała się”.

„To było to, co niektórzy uważają za nudny seks kwiatuszków w pozycji łyżeczek”.

A doskonałym przykładem tego, że zdania w tej książce nie mają ładu i składu, jest ten cytat:

„(...) usiedliśmy na balkonie w piękną gorącą letnią noc pod gwieździstym niebem i rozmawialiśmy. Czułem się znowu jak student. Siedzieliśmy obydwoje na podłodze i wydawało się, że chowa się za balustradą. To raczej nie był przypadek, że wybrała nieprzezroczystą część balustrady, aby się tam schować. Oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że zarówno różnica wieku, jak też cała sytuacja jest temu winna”.

Z wcześniejszego tekstu wynika, że balkon znajduje się wysoko, ponieważ byli w hotelu i wjeżdżali do pokoju windą. Więc jakim cudem można schować się na balkonie za balustradą? Rozumiem, że wyszła poza balkon i wisiała w powietrzu. Brak słów. Pała z logicznego myślenia.

A jeśli już przy logicznym myśleniu jesteśmy, to autor sam podkreśla, że z ortografią nie miał nigdy problemu, ale nauczycielki zawsze narzekały na jego styl pisania. Nic się od tej pory nie zmieniło. Autor zadaje sobie sprawę, że niektórzy recenzenci i redaktorzy będą mieli uwagi do jego „dzieła” , ale z drugiej strony jak można nie mieć uwag, gdzie tekst przypomina bełkot pijanego nastolatka, korekty brak (brak podstawowych przecinków w tej książce to jest jakiś koszmar), a redakcja dała ciała po całości. I nie przekonacie mnie, że jest inaczej.

Książka ma dostarczać przyjemności. Czytanie „Samotny we dwoje” tej przyjemności mnie nie dostarczyło i na moją niską ocenę złożyło się wszystko to, o czym Wam napisałam.

Nie polecam...